Wspaniała praca charakteryzatorów pomyślałam przy pierwszych ujęciach na twarzy Beshaye, jednego z dwóch głównych bohaterów filmu egipskiego reżysera i scenarzysty Abu Bakra Shawky’ego. Dopiero później zaczęłam odkrywać szczegóły. Twarz i ręce Rady’ego Gamala, odtwórcy Beshaye, zdeformowane przez trąd, wystarczyły za wszystkie osiągnięcia charakteryzatorów.
Reżyser znalazł swojego bohatera w jednej z kolonii trędowatych. Dzięki własnym doświadczeniom z trądem, nieaktor Gamal wydaje się autentyczny. Doskonale wie, co oznacza życie człowieka wykluczonego z powodu swojego wyglądu na margines społeczeństwa. Mimo że jest wyleczony, ludzie zbyt często dają do zrozumienia, że obawiają się możliwej infekcji. Gamal przyzwyczaił się widzieć w oczach innych odrazę, lęk i wstręt.
Bezpiecznym środowiskiem dla niego jest kolonia trędowatych, gdzie żyje od czasu, gdy jego rodzice jako małego zostawili go tutaj. Zajmuje się szukaniem wszystkiego, co można wykorzystać z lokalnego wysypiska śmieci, gdzie często towarzyszy mu dziesięcioletni osierocony chłopiec z nikiem Obama. Również jego odtwórcę Ahmeda Abdelhafiza reżyser znalazł wśród lokalnych chłopców.
Po śmierci żony czterdziestolatek Beshay wyrusza w podróż za swoją pierwotną rodziną. Przecież obiecali mu, że pewnego dnia wrócą po niego, gdy wyzdrowieje. Minęło już tyle lat, ale mglista pamięć o rodzinie żyjącej w mieście Kená (Qena) nigdy nie zniknęła. Nie wie, jak tam dotrze, ale to wcale nie przeszkadza. Zapytuje o drogę. Wszystko, co posiada, ładuje na mały wóz ciągnięty przez osła Harbiego. I w żadnym wypadku, zdecydowanie i stanowczo nie chce zabrać Obamy ze sobą. Nie wierzy, że będzie w stanie zatroszczyć się o chłopca w trakcie podróży.
Poruszająca opowieść drogi kilkukrotnie powtarza motywy znane z tego gatunku. Dlatego widza nie zaskakuje, kto jest pasażerem na gapę i że Beshay odkrywa Obamę zręcznie schowanego w wózku, gdy jest już za późno, aby odesłać go samego z powrotem do domu dziecka. W trakcie podróży przeżywają wiele perypetii, nieszczęść, ale także wzruszających spotkań i pomocy od tych, od których by się tego najmniej spodziewali. Najbezpieczniejsze środowisko znajdują wśród podobnie wykluczonych. Groźba skończysz pod mostem okazuje się zupełnie błaha, ponieważ właśnie tam znaleźli schronienie.
Yomeddine oznacza w arabskim dzień sądu. Dla Beshaye jednak nie jest dniem, którego powinien się bać, ale nadzieją, że w tym dniu wszyscy ludzie będą równi. Zwierzęta idą prosto do raju, jak mówi się w jednej ze wzruszających scen. Beshay w trakcie podróży wiele traci, aby przede wszystkim odnaleźć samego siebie. Swoje miejsce, środowisko, gdzie może poczuć się akceptowany, i znowu zadaje sobie pytanie, gdzie właściwie jest jego dom. Jako chrześcijanin jednak Beshay nie jest w większości muzułmańskim kraju, aż tak narażony na wyśmiewanie, niektóre głupie uwagi wynikają raczej z braku ludzkiego szacunku. Reżyser przeciwnie pokazuje, że wiara łączy. Jeśli ludzie naprawdę wierzą w Boga.

Reżyser sam mówi, że jego mama jest katoliczką z Południowej Austrii, a ojciec egipskim muzułmaninem. Od nich nauczył się, że należy prowadzić dialog, który wynika z różnic i znajduje możliwości, jak wszyscy możemy się połączyć. Ale tylko wtedy, gdy jesteśmy w stanie zachować szacunek dla osobistej wolności. To, co potrafi podzielić, zranić i wyrządzić krzywdę, to brak akceptacji, odrzucenie, pogarda, egoizm, z którymi Beshay się spotyka. „Ale ja jestem człowiekiem,” odpowiada Beshay w całkowicie pilnej przypomnieniu, że jemu również należy się ludzka godność. Na jego zdecydowanym wzroku widz nie może tak po prostu zapomnieć. Jest symbolem nadziei, że nawet wiele przeszkód nie może powstrzymać odwagi w podjęciu drogi.
Historia oczarowała również jurorów w Cannes. Film został wybrany w 2018 roku do głównej rywalizacji i został nagrodzony nagrodą Françoisa Chalaise'a.
Marie Kolářová
